Na fali wspomnień i rodzinnych pamiątek, dziś o bombce mojej mamy. Kto by pomyślał, że z małą szklaną bombką związana jest taka historia.
Mój
dziadek był człowiekiem żelaznych zasad. Zwłaszcza: „Co nie twoje, to nie rusz”. Nigdy by nie
przywłaszczył czegoś i tak wychowywał swoje dzieci. Kiedy wojska ZSRR pędziły Niemców na
zachód, on wygnaniec postanowił iść za frontem do swojego domu w Rościszewie. A
kiedy tam dotarł okazało się, że jego dom zajęli obcy ludzie. Niemcy uciekli, a
na ich miejsce przyszli Polacy.
Ludzie ci przyjęli go na nocleg i okazali się dobrzy
i uczciwi. Chcieli wrócić do swojego domu w Dalwinie ale znaleźli tylko fundamenty. Zajęli pierwszą wolną
zagrodę w okolicy. Nie zrezygnowali jednak z odzyskania swojego domu, bo
okazało się, że został przeniesiony do innej wsi. Odnaleźli go po kilku miesiącach
w Miłobądzu. W międzyczasie przyjechała babcia z dziećmi i obie rodziny,
wieloosobowe, mieszkały razem w małej Poniatówce. Zbliżało się Boże Narodzenie
1945 r. Dom w Dalwinie stanął znów na swoim miejscu i gospodarze mogli do niego
powrócić. Chcieli zostawić dziadkom niektóre rzeczy, ale dziadek stanowczo
odmówił. Dlatego, że rzeczy te nie były własnością tamtej rodziny, ale
zwyczajnie pozbierane z różnych domów w okolicy, zwłaszcza tych, gdzie dawniej
mieszkali Niemcy.
Moja mama –
mała Julka, wówczas 9 letnia, z żalem
patrzyła na śliczne chińskie filiżanki, których ojciec nie pozwolił zatrzymać.
Wtedy tamta kobieta wyjęła pudełko bombek, a z niego śliczne wisienki na
listku. Powiedziała, że bombki są jej własnością, kupiła je przed wojną . Czy
dziadek pozwoli żeby, Julcia zatrzymała jedną z nich? Ku radości mojej mamy
pozwolił. Stała się ukochanym skarbem mojej mamy. Bombka przetrwała do dziś. Trochę podmalowana, ale jest.